SNOWBOARD.wyd.pl
ReklamaRejestracjaBiuletynKlipyNapisz do nas
reklamarejestracjabiuletynklipynapisz do nas
Strona GłównaNowościSprzętKamera na stokuMiejscówkiWyprawyPoradyFotyRóżnościStarocieForum

AIR & STYLE


czyli wspomnień czar

foto Cóż było robić. Znowu nadciągała uświęcona tradycją data, znowu wypadało pojawić się na "największej freestylowej imprezie Starego Kontynentu". I choć Air & Style, bo o nim mowa, ma coraz większą konkurencję, nadal działa jak magnes na zarażonych snowboardingiem maniaków. To już dziewiąty raz więc ciężko było odpuścić, choćby z samego przyzwyczajenia. W końcu nie ma to jak beztrosko populsować w tłumie podobnych sobie oszołomów, powyć dziko podczas skoków najlepszych kolesi i wchłonąć potężną dawkę freeride'owej klimy. Tym razem Air & Style zaliczyliśmy z marszu - w trakcie małego, sentymentalnego tripu po miejscówkach, z którymi łączy nas dużo miłych wspomnień. A z Seefeld też nas łączy coś miłego mimo, że to jeszcze z czasów Innsbrucka impreza zawdzięcza swoją obecną pozycję.

Tyłek z ołowiu

foto Coś nie pozwalało nam planowo zrealizować finezyjnego planu. Pech? Możliwe... Wszystko zaczęło się od płacenia S Ł O N E G O rachunku za hotel w Szwajcarii. Dobrze, że byliśmy jeszcze pod wpływem nocnego miksowania, więc kwotę ponad trzech tysięcy polskich złociszy potraktowaliśmy totalnie beztrosko. Jeszcze do nas nie dotarło, ile to jest kaski i tylko dzięki temu bez większych zamieszek opuściliśmy gościnne, inaczej, miasteczko. Do Laax przywlekliśmy, by powspominać stare, dobre czasy i potestować nowe, dobre deski firmy, która nas zaprosiła - Palmerka. Nikt tylko nie wspomniał, że zaproszenie nie obejmuje wiktu i opierunku: wyrka, żarełka i wszystkiego, poza frikowym śmiganiem z górki na użyczonych snowboardach. Że za czterogwiazdkowy hotel musimy nieźle beknąć, dowiedzieliśmy się dopiero w trakcie wynoszenia bagaży z hallu. Co za cholera?! Kieszenie totalnie puste - piwo w tej Szwajcarii też swoje kosztuje - a tu jakiś sadysta wyciska nas jak cytryny. Gdyby nie plastikowe karty, które na szczęście zadziałały, do dziś mylibyśmy naczynia w hotelowej kuchni i jeździli na mopach. Ale co tam... Przynajmniej śniadania były super, lunch całkiem znośny, a obiad wyśmienity. Tylko dziewczyny nie za piękne, ale i na to są sposoby - zapasy z bezcłówki.

foto No i mykamy sobie gładkimi szosami w kierunku austriackiego Seefeld i wytęsknionej imprezki. Co prawda do przejechania jest zaledwie 500 kilosów, ale to i tak wystarcza, byśmy wkręcili się w kolejne kłopoty - jak nie urok to sraczka. Na najbliższej stacji, gdy wskaźnik poziomu paliwa smętnie sobie zwisł, zatrzymaliśmy się w celu konsumpcji paliwa. Stacja samoobsługowa, więc sypiemy kesz w odpowiednie miejsce. A tu benzynka nie chce płynąć z dystrybutora, choć forsa najprawdziwsza. W końcu popłynęła - po kilku uderzeniach kluczem francuskim. Wszystko płynie, jak mawiał ktoś mądry, szczególnie po kontaktach z tępym przedmiotem. Ruszyliśmy dalej w potwornym pośpiechu. Nic nie pomogło. Jak pech, to pech - tuż przed celem podróży policja zatrzymuje wszystkie samochody. Wypadek drogowy i korek jak cholera. W efekcie do Seefeld przyjeżdżamy, gdy właśnie kończy się najciekawsza dla mnie część zawodów - treningi. To podczas nich wszyscy wielcy wymiatają najlepsze sztuki, a światło do zdjęć jest jeszcze dobre. Humor mi oklapuje. Na szczęście biały puch pokrywa wszystko dookoła. Jakże odmiennie wyglądało to miejsce rok temu. Wtedy śnieg był tylko na straight jumpie i na dwóch cornerach, a wszędzie indziej zalegało błoto. Istny Woodstock. W tym roku aura zimowa dopieściła wszystkich. Śnieg wciska się wszędzie. Z tego też powodu zmieniają się nasze plany. Chłopaki koniecznie chcą zapoznać się z miejscowymi stokami, ja zaś ruszam do ataku na sportowe obiekty - z aparatem w ręku. Nie ma chwili do stracenia. Treningi na cornerach i jumpie właśnie się kończą. W odruchu totalnej desperacji puszczam kilka serii w kierunku ostatnich niedobitków i, co dziwne, udaje mi się ustrzelić kilka fajnych sztuk zanim definitywnie zamykają treningową sesję. Do ostrzału pozostaje tylko rampa skateboardowa, na której rozgrywane są konkurencje deskorolkowe. Zostały one przeniesione z Berlina, gdzie miały się odbyć jeszcze we wrześniu, ale po atakach terrorystów zostały odwołane. Jak wiele innych imprez. A teraz Casino Arena było miejscem, gdzie skateboardziści i snowboarderzy stają wspólnie, ramię w ramię, do walki. Wszystko wskazuje na ostrą akcję - odbezpieczam więc spust migawki. Oczywiście oprócz samych zawodów na straight jumpie i rampie miały zostać jeszcze rozegrane zawody na cornerach, a dzień wcześniej odbyły się zawody dla młodych snowboarderów - do 16 roku życia. Cała Arena zamieniła się w wielkie targowisko sprzętu. Można było testować, kupować, dotykać i marzyć. A wieczorkiem w knajpach przygrywają DJ-je i w ogóle jest fajowo. Tysiące spragnionych miłości i mocnych wrażeń fanów ściągnęło z całej europy - ponad 15 tysięcy luda. Telewizja, tłumy fotografów i dziennikarze też nie odpuścili. Poczułem się jak prowincjusz.

Dochodzi godzina "zero"

foto Ujawniają się chętni do sukcesu w konkurencji triku na cornerze:10 lasek i 18 chłopaków. Na starcie straight jumpa staje natomiast 16 gości, a na rampie 10. Do podziału czeka pula nagród wynosząca $100 000. Działa na wyobraźnię, choć piękniej brzmi w mych uszach tekst słyszany z co drugiego filmu: "łan milon dolars" - najlepiej powiedziany przez nos. Tak czy owak jest nieźle, bo za pierwsze miejsce na jumpie można łyknąć 20 000 baksów i Hondę ATV, zaś na rampie do wyciśnięcia jest w sumie $ 30 000. Pomimo wielkiego chłodu na stadionie robi się gorąco. Pojawiają się też dwie kapele, ale jakieś cieniutkie w tym roku.

foto Zaczęło się. Napięcie rośnie już od kwalifikacji na cornerach. Dziewczyny i chłopaki mają do oddania po dwa skoki. Potem uwaga przenosi się na rampę. Ale nie na długo, bo czas w końcu na gwóźdź programu - straight jump. Od pierwszej sekundy zawodów mój aparat wali seriami i ogniem pojedynczym, tłum wyje z zachwytu, a my obstawialiśmy zakłady. Kto wygra tym razem? Spekulacjom nie ma końca, a i tak, w efekcie, można je sobie w buty włożyć. Końcowy wynik jest zaskoczeniem dla wszystkich, nawet dla zwycięzców. I tak na rampie najlepszy jest Sandro Dias przed Pierre-Luc Gagnolem i Mathiasem Ringstromem. Wśród kobiet na cornerze zwycięstwo zgarnia Paulina Richon. Wśród mężczyzn najlepsi okazują się: Markku Koski, Martin Czernik i Tom Recheis. No i Królowie Wieczoru - na pierwszym miejscu po skokach na straight jumpie ląduje... po raz trzeci z rzędu... Stefan Gimpl!. I to on ma teraz dwie Audice i nowiusieńką Hondę na dokładkę. Tyle szczęścia na raz za perfekcyjne wykręcenie dziewięćsetki - czyściuteńko. Drugi jest Darius Heristchian, a trzecim okazuje się prawdziwy weteran Air & Style - Ingemar Backman. Czek na 20 000$ chciał odebrać nasz koleżka Jacek, ale Gimpla nie jest podobny ani trochę więc zadowoliliśmy się Hondą - ślicznie się teraz błyszczy... na plakacie.

Kasa rozdana, emocje opadły. Co było robić? Z rozpędu jeszcze, pchani rozbrykanym tłumem odwiedziliśmy kilka miejscowych mordowni. Tam, z całkowitą premedytacją zamordowaliśmy po kilka milionów szarych komórek i wczesnym rankiem - co wcale nie oznacza tej części doby, o której myślicie - po spakowaniu manatek i wypiciu kilku energetyków ruszyliśmy dalej, w nasz sentymentalny trip. Skończyło się nieoczekiwanie we...Wiedniu, gdzie teraz, w zastępstwie Cesarza, rządzi nasz przyjaciel i japoński Kasanowa Jun W. Pewnie go znacie, bo o tym zakręconym gościu już kiedyś była mowa - Jun, jak każdy Japończyk, nie zna umiaru...

To przez niego, Wysoki Sądzie...

Tekst: Marku Kołolski, Foto: jonya.net Magazyn snowBoard nr 22 
Copyright © - Beckermann-Wolf Polska, tel./fax (012) 429 54 65,. 604 255 709, 604 255 800, 604 255 700, 604 255 900